Syreni Śpiew (nowa baśń o Małej Syrence)
Syreni Śpiew (nowa baśń o Syrenie)
Tęsknota za dobrym zakończeniem baśni o Małej Syrence Hansa Christiana Andersena sprawiła, że napisałam swoją nową wersję tej historii – z happy endem. Przeczytaj i zanurz się w tej baśni.
Czy to także Twoja historia? Za czym tęskni Syrena? O czym śpiewa? Jeśli zechcesz, podziel się ze mną w mejlu swoimi wrażeniami po przeczytaniu tej baśni. Jakie byłoby Twoje jej zakończenie?
Dawno, dawno temu… w miejscu, gdzie łączą się dwa oceany, a wiatr wieje tak szybko, że zabiera marynarzom czapki z głów, znajdował się stary port. Przy porcie znajdowało się jeszcze starsze miasteczko. Wiódł tamtędy szlak handlowy i dużo statków zatrzymywało się, aby wyładować kontenery i skrzynie z towarami oraz załadować zapasy jedzenia i picia na dalszą podróż. Niektóre statki cumowały na dłużej, aby załoga mogła dokonać napraw i odpocząć. Na nabrzeżu znajdowała się wysoka latarnia morska, której światło mogło docierać bardzo daleko i oświetlać drogę statkom na obu oceanach.
Latarnia była tak stara, że nawet najstarsi marynarze nie pamiętali, kto i kiedy ją zbudował. Była tam od zawsze. Jednak od wielu lat nie było z niej żadnego pożytku. Lampa zepsuła się dawno temu i nikt nie potrafił jej naprawić.
Tam właśnie, któregoś popołudnia przypłynęła z dalekiej północy piękna Syrena o zielonych oczach. Miała na imię Talia. Zamieszkała w pobliżu latarni i od razu zdobyła sobie przyjaźń i przychylność mieszkańców portu i pobliskiego miasteczka. Pluskała się w wodzie za dnia, wesoło zagadując marynarzy i przechodniów na plaży, a w nocy oświetlała drogę statkom. Jej domem była biała, marmurowa jaskinia u podnóża latarni. Kiedy spała, światło promieniowało z miliona kolorowych łusek na jej syrenim ogonie i odbijało się od ścian i sufitu jaskini, tworząc świetlistą łunę, którą widać było z daleka. Dzięki temu przepływające w okolicy statki widziały stary port z odległości wielu, wielu kilometrów.
Krótko po tym, jak Talia zamieszkała w jaskini, wśród marynarzy rozniosła się wieść, że potrzebna jest pomoc w zbudowaniu falochronu, który osłaniałby jej jaskinię przed silnymi falami zimowych sztormów i letnich burz. W portowej karczmie marynarze przechwalali się, który z nich jako pierwszy zdobędzie odpowiednie belki i zbuduje falochoron dla pięknej Syreny. Każdy chciał się podjąć tego zadania, ale okazało się, że nie było to wcale takie łatwe. Znalezienie porządnych drzew do budowy konstrukcji i solidne ich umocowanie w wodzie było jak rzucona rękawica, której długo nikt nie mógł podnieść.
Pewnego wieczoru do karczmy przybył Kapitan Szczypior i kiedy usłyszał o misji budowy falochronu, ogłosił, że od jutra jego załoga zabierze się do pracy. Jak powiedział, tak zrobił. Załoga jego żaglowca wyszukała najlepsze drzewa w puszczy i przez 3 dni robiła hałas na całą okolicę, ścinając i szykując belki, a potem wbijając je w morski grunt. Po trzech dniach falochron był gotowy, w ostatniej chwili przed zbliżającą się zimą.
Nie wiadomo, jak naprawdę miał na imię Kapitan, bo wszyscy i tak mówili na niego Szczypior. Jego przezwisko wzięło się stąd, że był bardzo wysoki i zwinny, kiedy biegał po swoim żaglowcu, zawiązując liny i wydając polecenia swojej załodze. Kiedy wraz z innymi żeglarzami budował falochron, Syrena przyglądała mu się ukradkiem z pobliskiej plaży. Czuła ogromną wdzięczność, że nareszcie będzie miała ochronę przed sztormami. Poczuła też zaciekawienie i sympatię do młodego Kapitana, który od pierwszej chwili bardzo jej się spodobał. Czuła, że mimo, że jest człowiekiem, to jest bardzo podobny do niej, bo przecież większość swojego czasu także spędza, pływając po oceanie. Pomyślała też, że musi być bardzo odważny, skoro podjął się wyzwania, jakim była budowa konstrukcji na szalejących falach oceanu.
Kiedy falochron był gotowy, Kapitan Szczypior miał już wracać na swój statek i ruszać w dalszą podróż, ale Talia zatrzymała go swoim śpiewem. Śpiewała w swojej jaskini specjalnie dla niego, w podziękowaniu za pomoc, jaką od niego otrzymała. Śpiewała swoją ulubioną piosenkę o oceanicznym tańcu. Śpiewała z głębi serca, lekko i radośnie. A Kapitan słuchał i słuchał, a tekst i melodia piosenki zapisały się w jego sercu.
Pomachał Syrenie na pożegnanie i odpłynął w kolejny rejs.
Talia poczuła się jakoś dziwnie, jakoś inaczej niż zwykle. Dotąd wszystko było dla niej po prostu neutralne. Mogła siedzieć godzinami w morzu i nie czuła chłodu, mogła wygrzewać się przez cały dzień na plaży i nigdy nie było jej za gorąco. Po spotkaniu z Kapitanem pojawiły się w jej ciele nowe odczucia: czasami lekkie ciepło, a innym razem chłód. Wtedy Syrena zaczynała śpiewać i marzyć. Myślała w skrytości ducha o tym, jak może wyglądać świat z perspektywy wielkiego żaglowca. Albo pukała się czoło, myśląc, że co ją to obchodzi, bo przecież może sama popłynąć, dokąd zechce, przy pomocy swojego rybiego ogona, nie potrzebuje jakiegoś tam żaglowca.
Te nowe stany i myśli były dla niej tak dziwne i niezrozumiałe, że postanowiła któregoś dnia odwiedzić morską wiedźmę, aby zapytać ją o te doznania. Aby dopłynąć do domu wiedźmy, Syrena musiała ominąć tysiące parzących meduz i pokonać długi labirynt ogromnych koralowców. Kiedy w końcu tam dotarła i stanęła przed starą wiedźmą, zapytała ją wprost:
- “Dzień dobry Pani, która wie. Przyszłam zapytać, co to znaczy, że czuję ciepło i zimno? Kiedyś tego nie znałam.”
Wiedźma odparła ze śmiechem:
- No pięknie! Syrena się zakochała.
- Co to znaczy, że się zakochałam?
- To znaczy, że czujesz, odczuwasz przeciwieństwa, tęsknisz za człowiekiem. W morskim świecie nie znamy tego stanu, jesteśmy neutralni i nam to rybka, że jakiś człowiek się koło nas kręci. Ale jeśli zaczęłaś czuć temperaturę w swoim ciele, to znaczy, że może spełnić się stara przepowiednia mojej praprababki. Przepowiednia jest piosenką:
„Odkryjemy miłość nieznaną
Na szczęśliwy ląd zaniosą mnie pewnego dnia
Twe ramiona łódź Magellana
Serce twe busola maMiłowania głodni jak wilcy
Nauczymy się w tym kraju od pierwszego dnia
Słów, którymi mówią tubylcy
Szabadabada szabadabada”*
- “A teraz idź już, dbaj o siebie i nie rób głupstw.” – tymi słowami wiedźma pożegnała Syrenę i schowała się do swojej jaskini.
Syrena wróciła do siebie i długo rozmyślała o tym spotkaniu. O ile już sama przepowiednia była dla niej bardzo niezrozumiała, o tyle ostatnie zdanie wiedźmy już zupełnie zbiło ją z tropu. Co to w ogóle znaczy robić głupstwa? Co ona miała na myśli? Głupstwem jest wiedzieć i nie robić czy robić i nie wiedzieć? Talia myślała i myślała, ale nic nie wymyśliła, tylko rozbolała ją głowa, co też było dla niej nowym uczuciem w jej dotąd bezbolesnym, syrenim życiu. A potem przyszła zima, więc zapomniała o spotkaniu z tą, która wie i skupiła się znowu na swoich codziennych sprawach.
Kiedy tulipany posadzone w portowych rabatach zaczęły przekwitać i ustępować miejsca letnim kwiatom, w porcie znowu zrobiło się tłoczno. Wielu marynarzy cumowało tam na dłużej i reperowało swoje statki po zimowych sztormach. Także Syrena potrzebowała pomocy w naprawie falochronu, który trochę ucierpiał, stawiając opór zimowym falom.
Kapitan Szczypior znowu ją odwiedził, a jego załoga w ciągu jednego popołudnia dokonała naprawy. Talia podpłynęła bliżej, aby tym razem porozmawiać z nim dłużej. Kapitan na przemian rozśmieszał ją swoimi żartami o życiu wilka morskiego i straszył opowieściami o wichurach na morzu. Kiedy żeglarze skończyli pracę, Talia znowu zaśpiewała dla nich swoją ulubioną piosenkę, a Kapitan słuchał i słuchał, wpatrzony w nią, w zamyśleniu.
O czym tak myślał, kiedy słuchał tej piosenki? O ciężkiej pracy na morzu? O drzazgach, które wbiły mu się w ręce, kiedy przerzucał belki na falochron? O cichej, białej jaskini tajemniczej Syreny? O kolejnym rejsie na północ, który na niego czekał od jutra? A może o tym, czy słynny syreni śpiew nie doprowadzi go do jakiejś zguby? Tego nie wiemy, ale możemy się tylko domyślać, że ta chwila spotkania z… piękną muzyką była dla niego ważna.
Kiedy po kilku miesiącach Kapitan znowu był w porcie, zajrzał również do Syreny, aby zapytać ją, czy nie potrzebuje jego pomocy. Talia odpowiedziała, że falochron jest wciąż w dobrym stanie i na razie nie trzeba nic z nim robić. Kapitan Szczypior zdradził jej szeptem na ucho, że zawsze w trudnych chwilach na morzu nuci jej piosenkę. Kiedy żaglowcem targają silne wiatry, a załoga walczy o przetrwanie, ta melodia podnosi go na duchu i dodaje mu sił.
Syrena uśmiechnęła się i pacnęła ogonem o fale, robiąc ogromną fontannę. I cichutko zanuciła znowu swoją ulubioną melodię. Kapitan popłynął znowu w rejs, a ona wróciła do swoich codziennych przyjemności.
Talia coraz bardziej cieszyła się ze swojego życia w marmurowej jaskini. Umilała czas marynarzom swoim śpiewem i zaprzyjaźniała się z kolejnymi mieszkańcami w miasteczku. Kiedy przybyła do tej okolicy, nie znała nikogo, a wszyscy patrzyli na nią jak na dziwoląga, ale po tych kilku latach już stała się “swoja” i była niezastąpiona w oświetlaniu drogi statkom na obu oceanach. W dzień przyciągała statki do portu swoim śpiewem, a w nocy jej świetlisty ogon i poświata w jaskini wskazywały drogę zagubionym marynarzom.
Co jakiś czas w porcie pojawiali się inżynierowie, którzy próbowali naprawić latarnię morską, ale nikomu się to nie udawało. Okazało się, że obecność Syreny i jej światło stały się niezbędnym drogowskazem dla wszystkich statków przepływających w okolicy starego portu.
A jednak to właśnie w tym czasie Talia coraz częściej marzyła znowu o podróżach przez oceany. Od dawna nie wypływała dalej niż na jedno popołudnie, co noc wracając do swojej jaskini. Kiedy zdarzyło jej się trochę zabłądzić w morzu i wracała po kilku dniach, zawsze znajdowała jakąś załogę nocnych rozbitków, naprawiającą swój statek, który ucierpiał wskutek braku światła latarni.
Piękna Syrena wiodła miłe i przyjemne życie, ale czuła się samotna. Marzyła o tym, aby znowu udać się w jakąś dalszą podróż, spotkać się ze swoimi siostrami syrenami i doświadczyć nowych przygód na morzu. Z czasem jednak zaczęła się obawiać potworów morskich na południowym oceanie, o którym wszyscy mówili, że to najniebezpieczniejsze wody na całej kuli ziemskiej. I mimo, że ciągnęło ją w tamte nieznane dotąd strony, nie mogła się odważyć, aby opuścić swoją jaskinię. Bała się, co mogłoby ją spotkać na nieznanych wodach i zawsze trzymała się blisko swojego domu. Nie chciała też zostawiać marynarzy bez światła nocą.
Minęła kolejna zima i kończyło się kolejne lato, a Kapitan Szczypior przez cały ten czas ani razu nie zajrzał do portu.
Pewnego sierpniowego poranka Talii było już tak gorąco, że postanowiła jednak popłynąć na dłuższą wycieczkę w stronę chłodniejszych mórz. Poprosiła, aby w czasie jej nieobecności marynarze stacjonujący w porcie co noc rozpalali ogromne ognisko, aby wskazywać drogę statkom.
Podczas jednej z takich nocy Kapitan Szczypior zawitał do starego portu. Miał nadzieję, że znowu spotka piękną Syrenę i ukoi się jej cudownym śpiewem, ale dowiedział się, że zielonooka piękność odpłynęła nie wiadomo dokąd i nie wiadomo, kiedy wróci. Kapitan jak zwykle sprawdził stan falochronu i zlecił swojej załodze wykonanie kilku drobnych napraw. Kiedy opuszczał port, Talii wciąż jeszcze tam nie było. I tak jego żaglowiec wypłynął w kolejny rejs.
Minęły trzy dni, kiedy nagle podczas poobiedniej drzemki w swojej kajucie Kapitan Szczypior usłyszał piękną melodię. Podążając za tęsknotą, a trochę z ciekawości, polecił żeglarzom zmienić kurs i płynąć w tę stronę, skąd słychać było piosenkę. Wiedział, że tak piękny śpiew może należeć tylko do jakiejś syreny, ale miał też na tyle rozumu, aby zachować ostrożność, bo z syrenim śpiewem to przecież nigdy nic nie wiadomo. Może on wyprowadzić statek na mieliznę albo sprawić, że rozmarzeni żeglarze zgubią kurs, a ich żaglowiec wyląduje na skałach. Mając świadomość ryzyka, ale też ogromnie zaciekawiony, Kapitan postanowił podpłynąć bliżej tam, skąd dochodził śpiew.
Już z daleka zobaczył siedzącą na dużej skale znajomą postać – zielonooką Syrenę, która śpiewała swoją ulubioną piosenkę. Śpiewała długo z zamkniętymi oczami i wcale nie widziała nadpływającego żaglowca. Ocknęła się ze swojego transu dopiero, kiedy usłyszała głośny ryk, zachwiała się i wpadła do wody.
Miejsce, na którym odpoczywała, nie było skalną wyspą. Była to głowa ogromnego potwora morskiego – Krakena, który obudził się, kiedy statek Kapitana Szczypiora podpłynął bliżej, muskając jedną z jego ośmiu długaśnych macek. Podnosząc się, potwór zrzucił Talię do wody i zaczął ryczeć.
Kapitan Szczypior stanął jak wryty i kompletnie nie wiedział, jaką komendę ma wydać swojej załodze. Nigdy wcześniej nie spotkał Krakena. Myślał zawsze, że opowieści o nim to jakieś bujdy, które opowiadali starzy marynarze, próbując zniechęcić młodych chłopaków przed podjęciem tej ciężkiej, niebezpiecznej pracy, jaką jest pływanie po oceanach. Przetarł oczy i spojrzał raz jeszcze. Potwór wciąż tam był. Kapitan Szczypior stał, patrzył się na niego jak zahipnotyzowany i myślał, co ma zrobić.
Sekundy dłużyły się jak godziny, a potwór wciąż ryczał. Kapitan słuchał i czekał na jakiś znak. Wytrzyma, jeszcze chwilę to wytrzyma i zaraz na pewno przyjdzie mu do głowy jakieś rozwiązanie. Wiedział, że nie może użyć żadnej drastycznej metody, aby walczyć z potworem, bo Syrena wpadła gdzieś do wody i być może potwór trzyma ją w jednej ze swoich macek.
Marynarze przekrzykiwali się, podrzucając Kapitanowi różne pomysły, co zrobić, jak walczyć z potworem. Ktoś wyciągnął armatę na pokład. Inni przynieśli skrzynki z bronią. Część załogi zaczęła szykować wielką sieć i liny, aby unieruchomić potwora. Jedni mówili, że trzeba pomóc Syrenie, a inni zupełnie nic na to nie zważali. Niektórzy radzili, aby natychmiast uciekać, gdzie pieprz rośnie.
Nie wiemy, jak długo trwała ta chwila, ale na pewno żeglarze na statku stracili już nadzieję na ciepłą kolację i piwo wieczorem. Poczuli, że ich koniec jest blisko i zaczęli przepraszać się za wszelkie swoje przewinienia i złośliwości, wybaczać sobie nawzajem oraz ściskać się na pożegnanie przed pewnym końcem. Kapitan nagle zawołał do swojej załogi:
- Do dryfu!
I wskoczył do wody.
Tak naprawdę, Kraken miał nadzieję, że odstraszy statek swoim rykiem i będzie mógł dalej spać. Wcale nie miał ochoty zatapiać żaglowca, ani robić całej tej awantury, o której opowiadają morskie legendy. Ale skoro już go obudzono, musiał się ujawnić i pokazać swój wielki łeb oraz chociaż ze dwie z ośmiu macek, aby marynarze wiedzieli, z kim mają do czynienia. I ryczał tak przez chwilę, po czym zorientował się, że statek ani drgnie! Kraken chciał odsunąć od siebie żaglowiec, ale nie udawało mu się to.
W tym momencie potwór poczuł jakieś przyjemne łaskotanie pod trzecią macką z lewej strony i zaczął chichotać. Najpierw cichutko, a po chwili, już nie mogąc wytrzymać tych łaskotek, cały trząsł się ze śmiechu.
Łaskotanie pojawiło się za sprawą Talii, która przytuliła się do jednej z macek Krakena i zaczęła śpiewać pod wodą.
„Odkryjemy miłość nieznaną
Na szczęśliwy ląd zaniosą mnie pewnego dnia
Twe ramiona łódź Magellana
Serce twe busola maMiłowania głodni jak wilcy
Nauczymy się w tym kraju od pierwszego dnia
Słów, którymi mówią tubylcy
Szabadabada szabadabada”*
Śpiew roznosił się w małych kolorowych bąbelkach na wszystkie strony i łaskotał Krakena tak bardzo, że ten cały się trząsł i podskakiwał, generując na morzu silne fale. Dzięki tym falom, żaglowiec zaczął odpływać dalej w morze.
Kapitan Szczypior płynął w stronę potwora, przedzierając się przez łaskotkowe wiry Krakena i manewrując między jego mackami, wijącymi się na wszystkie strony. Jego także otaczały bąbelki, ale zamiast go łaskotać, dodawały mu sił. Wiedział, że znajdzie Syrenę tam, skąd one przypływały.
Talia czuła w sobie ogromną moc i śpiewała głośno, tak głośno, aby jej melodia poniosła się po falach daleko, daleko. Kiedy udało jej się wyplątać spomiędzy macek Krakena i odpłynęła trochę dalej od łaskotkowych wirów w wodzie, zaczęła śpiewać coraz ciszej i spokojniej, a melodia przeszła teraz w kołysankę. Kraken przestał się śmiać i zaczął się lulać do snu, jak niemowlak, który przyssał się do matczynej piersi. Kiedy Talia poczuła, że potwór przestał się ruszać, bo zasnął, przestała śpiewać i wypłynęła na powierzchnię.
W tym samym momencie, gdy Syrena wynurzyła głowę na powierzchnię, Kapitan Szczypior już był tuż przy niej. Objęli się z radością i popłynęli w stronę żaglowca.
A na statku marynarze stali jak wryci i gapili się na nich oraz na dryfującego Krakena, nic nie rozumiejąc, co tutaj się przed chwilą wydarzyło.
Kiedy Talia znalazła się przy burcie, zrobiła ogromny plusk ogonem tak, że woda zmoczyła od stóp do głów gapiącą się na nią załogę statku. Pomyślała, że wyglądali tak, jakby potrzebowali zimnego prysznica. Marynarze zaczęli szukać ciepłych kocy i rozkładać drabinkę do wejścia na pokład.
Talia i Kapitan Szczypior przez chwilę jeszcze zostali w wodzie i patrzyli na siebie.
- Syreno. Jak się cieszę, że nic Ci się nie stało!
- Kapitanie. Nie zaatakowałeś potwora ani nie uciekłeś. To była dobra decyzja…
- Jeśli walczyłbym z Krakenem, w miejscu każdej zranionej macki zaraz wyrosłaby kolejna. Twój śpiew zadziałał kojąco na nas wszystkich…
W tej chwili Kapitan podpłynął bliżej i objął Syrenę. Szepnął jej do ucha, że od teraz nie musi już stawiać czoła potworom sama. On będzie przy niej i kiedy trzeba, pomoże, będzie obecny i będzie solidnym wsparciem.
W jej oczach zapłonęły iskry, a z jego oczu wypłynęło kilka łez. I w tej chwili Syrena zaczęła zanurzać się pod powierzchnią wody i chaotycznie machać rękami.
Zapomniała, jak się pływa?
Nie!
W miejscu rybiego ogona pojawiły się nogi, którymi przecież wcale nie umiała się posługiwać w wodzie. Kapitan chwycił ją w ramiona i wyciągnął ją na pokład, owijając ją swoim płaszczem.
- Lekcje pływania nogami odbędziemy innym razem. A teraz sobie odpocznij.
Kapitan Szczypior odgarnął mokrą grzywkę z czoła i rzucił do załogi, aby szykowali żagle. Talia poszła odpocząć do kajuty, a żeglarze ustawili kurs i statek ruszył przed siebie.
Przed zmierzchem żaglowiec przybił do dzikiej plaży na opuszczonej wysepce. Kiedy ostatnie promienie słońca schowały się pod widnokręgiem, Syrena i Kapitan pędem wbiegli do morza. W tej chwili plażę rozświetliła łuna światła jaśniejsza od księżyca i od wszystkich gwiazd. W wodzie wszystkimi kolorami tęczy mieniły się dwa rybie ogony.
Talia i Kapitan zasnęli, unosząc się na wodzie. Śniły im się rozgwiazdy na niebie i wysepki na morzu w kształcie planet. Tańczyły ze sobą w rytm melodii śpiewanej przez syreni chór. Potem wszystko się zupełnie pomieszało, a Niebo połączyło się z Ziemią w niebiańskim pocałunku.
Rano znowu w miejsce rybich ogonów pojawiły się nogi. I tak już było codziennie. W dzień Talia stała u boku Kapitana, a w nocy oboje nadawali na tych samych falach, oświetlając plażę i morze piękną łuną światła miłości…
A kiedy jakieś statki zatrzymywały się nieopodal i marynarze widzieli z bliska Syrenę i Kapitana Szczypiora, zawsze płakali. Od tej pary promieniowała taka miłość, że roztapiała lód w nawet najbardziej zatwardziałych sercach wilków morskich.
Po kilku dniach żaglowiec powrócił do starego portu, a marynarze zajęli się kolejnymi naprawami na statku i załadunkami towarów. Syrena odwiedziła swoje koleżanki i opowiedziała im o spotkaniu z Krakenem. Kapitan zabrał się za naprawę zabytkowej latarni morskiej i udało mu się ją wreszcie uruchomić. Od tej pory już wszystkie statki z łatwością odnajdują drogę do dobrze oświetlonego starego portu.
Talia nie wróciła już do swojej starej jaskini. Została żoną Kapitana, czyli panią Szczypiorową. Zakochani mieli dwa wesela, jedno na lądzie, drugie w morzu i żyli razem długo i szczęśliwie, często popijając sok z kokosa i zajadając krewetki.
*Tekst piosenki Alicji Majewskiej „Odkryjemy miłość nieznaną” pochodzi z https://www.tekstowo.pl/alicja-majewska/odkryjemy-milosc-nieznana
Tu zapiszesz się do mojego newslettera VIP – zapisz się, aby otrzymywać Listy do Duszy.
Wszystkie aktualne terminy warsztatów w Leśnym Atelier znajdziesz tutaj.
Jeśli lubisz czytać moje treści, możesz z wdzięcznością postawić mi wirtualną kawę.




